«

»

Kwi 21 2013

Harpagan 45

Harpagan-logoKiedy to ostatnio robiłem jakieś wybieganie dłuższe niż 20 km? Aaa…już wiem, równy miesiąc temu. Przed choróbskiem. Ponadto przez ostatnie 30 dni zrobiłem bagatela… 130 km. No i jak mogło mi się dobrze biegać na tym Harpaganie?

Z jednej strony nie mogłem się doczekać wyjazdu na te imprezę, a z drugiej wiedziałem, że pomimo dużego apetytu na wynik nie mogłem powalczyć z obecną formą, a właściwie jej brakiem.

Ale nie ma co załamywać rąk, i trzeba walczyć. 45 edycja odbyła się w okolicach urokliwego miasteczka Kolbudy tuż obok Trójmiasta. Fajne tereny do biegania i na rower, trochę bukowin, trochę syfu, bagienek, strumyków i górek. Tak jest fajnie. Tak lubię. No, może strumyków nie do końca, ale dało się przeżyć 🙂

Start o 7:30, piękna, bezchmurna pogoda, choć troszkę wietrznie, więc miałem drobny dylemat czy biec na krótko, czy jednak wziąć jakiś dłuższy rękaw. W oczekiwaniu na lekko opóźniające się mapy,  już nieco przewiało mnie na starcie, więc pobiegłem po kurtkę, dzięki czemu zachowałem trochę ciepła i energii na początku biegu. Zdjąłem ją jednak jakoś po pierwszym punkcie. W zasadzie od momentu rozpoczęcia rozdawania map były trzy minuty na zapoznanie się z trasą, ale za późno ustawiłem się w kolejce i mapę dostałem dosłownie sekundę po sygnale startu, więc wybiegałem z boiska gdzieś na końcu stawki.
Rzut oka na mapę i trzeba jakoś lecieć na jedynkę. A propos mapy. Jakoś nie przepadam za takimi które swoją świeżość miały 20-30 lat temu. Drożnia od tego czasu w niektórych miejscach dramatycznie się pozmieniała, ponadto na tych wydrukach słabo widoczne były warstwice, więc jak ścieżki nie grały to ciężko było się od czegoś odbić. Między innymi przez to Remik zaliczył wtopę na siódemce a ja na PK5. Co prawda kilka dróg było ręcznie dorysowanych, ale generalnie słabizna. Ok, koniec marudzenia na mapy, po prostu taki urok imprezy MnO 🙂

 

W związku z tym, że przed wyjazdem nie udało mi się kupić odpowiednich butów, musiałem wystartować w wysłużonych już Brooksach które okleiłem taśmą MacGyvera żeby syf z lasu nie wchodził mi przez dziury. Wystarczyło to na bodaj 3 pierwsze punkty 🙂

A jak to po kolei było? No to jedziemy.

PK1 W zasadzie bez historii, z tym, że najpierw przebiłem się przez tłumek i gdzieś z boku usłyszałem dialog w stylu: „- to którędy idziemy? – nie wiem, tak jak wszyscy” 🙂 Na samym punkcie spotykam Remika i ekipę, chyba szli na krechę bo nabiegali ściechą z prawej.
PK2 Na odejściu od jedynki wtopka, bo chciałem brać zbiornik z lewej, ale już zbliżając się do brzegu zauważyłem dwa mostki z prawej, które umknęły mojej uwadze kiedy biegłem do jedynki. Szybka zmiana wariantu i trawersowanie zboczem wąską (jak się okazało) ścieżką. Później szutry, asfalt, pola, wbiłem się w przecinkę (po śladzie widać jak w rzeczywistości biegła ;)) no i jest punkt. Zaraz po podbiciu jakieś głosy z tyłu, i widzę Zawodnika w Czerwonym (ZwC) który wystąpi kilkukrotnie w dalszej relacji.
 PK3  Wylot na pola, kierunek i jazda do szosy. ZwC cały czas na plecach aż do wtopy nr 2. Po przebiegnięciu szosy, ścieżka w dół i skręt w prawo. Jeden skręt za szybko. ZwC wyprzedził i pognał do przodu, mi przestaje grać kierunek, ale jeszcze biegnę, nie wiem dlaczego licząc na to że zaraz będzie zakręt do torów. Optymista… Zatrzymałem się i nawrót, ZwC też gdzieś się zreflektował, bo po jakimś czasie już był tuż za mną. Do PK3 ja drogą żeby namierzyć odbicie w lewo na czwórkę (odbicia brak) a ZwC torami. Punkt podbijamy razem i wylot. Z naprzeciwka widzę Remika. Widać oderwał się od grupy i ruszył w pogoń 😉
 PK4  Łoj, tu się działo. Odbiegam od PK3 i kręcę w prawo na łuku, gdzieś do drogi która zarosła od czasów powstania mapy 😉 W każdym razie zbiegam do Raduni, przechodzę po zwalonym drzewie i widzę za sobą w górze trawersującego Remika. Wbiegam na przeciwległy stok, kieruję się w stronę szosy po drodze zaliczając jeszcze jeden jar i rura. Wbiegam na szosę i widzę daleko przed sobą chyba Remika i dwie osoby, w tym ZwC. Z szosy skręcam na przecinkę, później przeskakuję na drugą i doganiam chłopaków. W pewnym momencie przestaje mi grać mapa, po drodze jakieś drogi których nie ma, kierunek dobry ale nie czuję odległości. Okazało się, że byliśmy za daleko, cofka, ja czesze jedna górkę a chłopaki skręcają gdzieś w bok. Po chwili lecę w tamtym kierunku, napotkany ZwC Potwierdza kierunek na punkt i jest. Dzięki!
 PK5  To co się tutaj działo to jakaś tragikomedia. Odbiegam od PK4 i biegnę sam, tak jak lubię. Ale za chwile szutrówka kręci nie w tę stronę co powinna, czyli na wschód. Biegnę dalej licząc na to, że za chwilę skręci na południe. Tak też się dzieje, ale już przestaję ufać tym drogom, więc robię wszystko żeby podgonić i kierować się na południe. Ślad z GPS pokazuje drogi które nie istniały na mapie, a którymi w końcu dobiegłem do szosy w miejscowości Majdany. Masakra, jak mnie rzuciło na zachód… No ale nic to, trzeba ścisnąć poślady i gonić chłopaków. Wbiegam szosą do lasu, obserwuję drogi odbijające w prawo i decyduję na przecinkę, które powinna mnie zaprowadzić na punkt (sic!)
Dobra dobra, oczywiście nie mogło być tak dobrze, bo za chwilę przecinka najnormalniej w świecie zaczęła zanikać aż stanąłem na  zarośniętej górce. Czułem, że to jest dobry kierunek, ale zwątpiłem czy jestem na wysokości punktu. Jak się okazało byłem na dobrej, tylko trzeba było się przebić przez gęstwiny, olać to, że nie było przecinki i grzać do punktu. Ale nie, zdecydowałem, że cofam się do szosy, i namierzam od pola. Po drodze znowu zmiana planów i po dobiegnięciu do skraju lasu drugi atak, z tym, że teraz postanowiłem dobiec do drogi za przecinką i od niej atakować punkt, więc zbiegam coraz niżej myśląc, że może ustawili go na dole. Punktu niet, więc zatrzymuję się, zjadam banana i batonika, popijam wodą, słucham ćwierkania ptaszków, obserwuję aspekt wiosenny w postaci przylaszczek i dumam nad kondycją swojej orientacji. Zakładam plecak, atakuję muldę obok i docieram (dosłownie) do punktu.
Aaa… przy okazji dowiedziałem się, że jestem piąty. W linii prostej było 4,1 km, ja zrobiłem 10,9 km. Masakra.
 PK6  Odbiegając z piątki spotykam Marcina i za chwilę jeszcze dwie osoby którym potwierdzam, że dobrze idą. Wkurwiony na swoją nieporadność spinam łydki i lecę banalnym wariantem szosą na szóstkę. Aha, na szóstce dowiedziałem się, że kilka minut wcześniej był ktoś z mojej trasy.
 PK7  No to rura na siódemkę. Wybiegając z pola na szosę widzę ZwC 🙂 No ładnie, czyli jest szansa na 4 miejsce 🙂 Ale ciąć czy lecieć pewniejszym wariantem naokoło? Daję sobie szansę i mijając ZwC lecę szosą, sprawdzając po drodze zgodność odbijających przecinek.Coś tam się zgadza, tragedii nie ma, a w dodatku ładny bukowy las zachęca do cięcia na krechę. Wytrzymuję jednak na asfalcie, od zakrętu wbijam się na przecinkę i przed siebie na punkt.ZwC przybiega na punkt 5 minut po mnie.Oj, tutaj parę osób miało kłopoty podobne do moich na PK5. Z opowieści na mecie dowiedziałem się, że ci, którzy cięli na krechę mieli kłopot z drogami które mijali, w pewnym momencie przestały się zgadzać i stracili sporo czasu. Między innymi Remik, który stracił tu miejsce na podium a może i zwycięstwo…
 PK8  Najgorszy przelot na całej trasie, czyli dłużyzna po szutrach i asfalcie. Fajnie, że była ładna pogoda, więc nawet przyjemnie się biegło 🙂
PK9 A tutaj ciekawostka. Wracając z punktu wypatrywałem ZwC który za chwilę powinien był się pojawić na horyzoncie. Mijały minuty i nic. Dobiegłem do szosy i nadal nikogo, zdziwiłem się, bo juz powinien był ktoś mnie dogonić po takim człapaniu. Wyrzuciłem pusta butelkę po wodzie 1,5l do sortownika przy przystanku w Lisewcu i nie zastanawiając się nad wariantem pognałem szosą. Po drodze zauważyłem, że na mapie mam w tabelce taki opis: „TRASA PIESZA TP50” a poniżej „Długość Trasy 100 km”. Pod folią miałem numer 695 z poprawioną szóstką na siódemkę, do tego ciągle nie widziałem ZwC i tylko mijałem piechurów z TP100.  Złożyłem sobie to do kupy i biegłem do mety ze świadomością, że może mam mapę z innej trasy :)Jak się okazało, ZwC nie dobiegł w ogóle do PK8, może nie zauważył na mapie, albo po prostu zrezygnował. Szkoda.przylaszczkaPo przebiegnięciu przez tory kolejowe i rzeczkę oczom mym ukazała się… góra. No, właściwie górka, ale stroma i jakoś nie czułem potrzeby żeby ją obiegać. Nie byłem w stanie już na nią wbiec, więc spokojnym marszobiegiem wdrapałem się na szczyt, znów podziwiając po drodze aspekt wiosenny i kwitnące śliczne przylaszczki.

Na mecie odczyt międzyczasów z chipa i dowiaduję się, ze jestem drugi! Jak to? Nigdzie nie ma Remika, a gdzieś słyszę, że Hewi zszedł z trasy w okolicach siódemki, więc z czwartego wskakuję na pudło. Trochę jestem tym zażenowany, bo poziom jaki zaprezentowałem w tym starcie nie powinien zostać nagrodzony tak wysokim miejscem…

Remik przybiegł po niecałej godzinie. Gdyby nie jego błąd na siódemce, to spotkalibyśmy się jakoś w okolicy ósemki i byłby ciekawy finisz 🙂

Poza mapą, cała impreza była super! Przemiła obsługa zawodów, sympatyczni wolontariusze na punktach, przestronna szkoła w pięknej okolicy były jak najbardziej OK 🙂 A darmowa kawa, bodaj Idee Cafe po biegu smakowała wybornie 🙂

Przy okazji przepraszam za swoją absencję na dekoracji, ale po pierwsze chłopakom zależało na jak najszybszym powrocie do swoich szanownych żon, a po drugie dowiedziałem się, że w ubiegłym roku nie nagradzano całego podium tylko zwycięzców. Mimo to bym chętnie został, ale nie mogłem o tym decydować…

Ogólnie wartościowy wyjazd, każda nauka jest dobra, ale czuję ogromny niedosyt i zażenowanie swoją postawą. Mina na mecie mówi wszystko 😉

Wyniki: http://www.harpagan.pl/rajd/dane_textowe/H45_TP50.htm

375997_10152784760935595_1336639311_n

1-001

Skomentuj

2 comments

  1. Krasus

    Ciekawe, bo generalnie Harpagan raczej słynie z prostych tras, a tutaj większość mocnych zawodników zaliczała wtopy. Nieaktualne to właściwie urok wielu PMNO, można się do tego przyzwyczaić;)

  2. Wojtek

    Bez konkretnego trenowania zdobyłeś wysokie miejsce. Zazdroszczę 😉

Dodaj komentarz

Or